I gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni.
Magazyn Wileński, październik 2001.

 

Gdy w 1940 roku Litwa “włączyła się do bratniej rodziny narodów radzieckich”, granica została otworzona, przyjechała po nas babcia i wynajętą furmanką wróciliśmy do Wilna. Tu w 1941 roku po raz drugi rozpoczęła się dla nas wojna. Naszą ciotkę Annę podczas łapanki ulicznej Niemcy zgarnęli, jak się wtedy mówiło, i wywieźli na przymusowe roboty do Niemiec. Odtąd co wieczór staliśmy na szosie z trwogą oczekując na przyjście mamy. Mama przed wojną uczyła w szkole ogrodniczej, więc teraz pracowała w cieplarniach i przy inspaktach w ogrodzie przy ulicy Chocimskiej. (Dziś Giedraičių). Po wojnie całe to gospodarstwo zostało, oczywiście, znacjonalizowane, gospodarze wyjechali do Polski, mama została tam pracować jako ogrodnik i tu, w trzypokojowym drewnianym domku, stojącym pośrodku dwuhektarowego ogrodu z cieplarniami i inspektami, upłynęło mi dwadzieścia lat życia.
Stąd chodziłam do szkoły, potem do instytutu, następnie do pracy. Szkoły były trzy Najpierw litewska nr 7 na Wiłkomierskiej (Ukmerges), potem początkowa nr 26 na Chocimskiej, no i wreszcie ta najważniejsza – 5 Średnia na Antokolu. W litewskiej uczyliśmy się na zasadzie “dziad przemówił do obrazu”, bo nauczycielka nie umiała ani słowa po polsku, a my nie mieliśmy pojęcia, czego od nas chce. Jednakże trwało to niedługo. Gdzieś “na górze” coś zadziałało (podobno aż w Moskwie) i po jakichś dwóch miesiącach zaczęły powstawać szkoły polskie.

Oczywiście nowych podręczników radzieckich jeszcze nie było, a z czegoś trzeba się było uczyć. Znaleziono więc dość zabawne wyjście. Szkoła otrzymała przedwojenne polskie podręczniki, a my klej, pocięte paski papieru i całymi dniami na lekcjach, pod osobistym nadzorem kierownika szkoły pana Razukasa, zaklejaliśmy wszystkie “trefne” wyrazy, to znaczy takie, które związane były z religią lub Polską. Pamiętam, była tam modlitwa do Anioła Stróża: Aniele, Boży stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój…” Po zaklejeniu wyglądało to tak: “Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój”. Głośno protestowaliśmy, mówiąc, że nie jesteśmy więźniami i nie chcemy, by jakiś stróż nas pilnował, zwłaszcza w nocy. Niektóre teksty były tak pozaklejane, że całkowicie traciły sens. Ale na szczęście Kiplingowskie Słoniątko, które nad brzegami wielkiej, szarozielonej rzeki Limpopo pytało krokodyla, co je na śniadanie, nie zostało okaleczone. Dziś mam na swoich półkach trzy różne tłumaczenia tej bajki, ale tylko w tamtym, najpierwszym płynie wielka, szarozielona mętna rzeka Limpopo. Nie wiem, na czym polega tajemna muzyka tych słów, ale potrafiła “wprawiać w podziw słodki” moje dziecinne serce. I jeszcze inne słowa bezimiennego wtedy autora “były dzieciństwu memy lasem czarów”. Gdzieś, w jakimś szczątku zbiorku poetyckiego, jeszcze nie chodząca do szkoły, ale już od pięciu bodaj lat umiejąca dobrze czytać, znalazłam takie cudowne słowa: “I gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni, stary żal moim jest dzwonnikiem”. Przez lata całe rozkoszowałam się tym zdaniem, a przede wszystkim jego melodią, nie wiedząc kto jest ich autorem.
Minęło wiele czasu. Już jako studentka kupiłam pięciotomowe “Wiersze wybrane” Leopolda Staffa i tu mi się ten cudowny dzwon poezji rozdzwonił. Czułam się wtedy jak odkrywca skarbów.
Te pierwsze lata powojenne były bardzo trudne. I chłodne, i głodne. Nie było czym w piecu palić ani w domu, ani w szkole. Na rynku kupowało się przewiązane słomianym powrósłem wiązki polan, trzeba też było przynosić polana do szkoły, bo brakowało opału. Jednak w miarę możności szkoła troszczyła się o dzieci. Bufetu żadnego, oczywiście, nie było, ale codziennie dostawaliśmy pół kromki białego chleba i łyżeczkę cukru “piasku” albo kostkę “rafinadu”. Woleliśmy ten piasek, bo kostki żona kierownika opiłowywała na kantach. A z tym chlebem to często dokuczaliśmy kierownikowi. Podnosiło się te pół kromki do oczu, uważnie patrzyło i wołało: “O, Moskwę widać!”. Niby, że taka jest cieniutka. Złośliwość ta była raczej sztuką dla sztuki, bo pana Razukasa lubiliśmy. Nie pamiętam, żebyśmy pili jakąś herbatę, choć na korytarzu stał duży cynowy bak z przywiązanym na łańcuchu kubkiem, też cynowym. Ale była tam zawsze tylko przegotowana i bardzo niesmaczna woda. Posypywaliśmy cukrem chleb i jedliśmy na sucho. Śmieszyło nas, kiedy Wanda Ładówna (obecnie lekarz w Warszawie) po zjedzeniu tej łyżeczki cukru mówiła: “Cukier zjadłam i podjadłam, i na zdrowie”. Nie rozumieliśmy, że była mądrzejsza od nas, bo wiedziała co to jest autosugestia.

Cukier był wtedy wielkim rarytasem. Dostawało się go na kartki, ale bardzo rzadko. Widocznie nie wszystkim starczało, skoro kolejkę trzeba było zajmować z wieczora. Bardzo lubiłyśmy z siostrą to nocne stanie. Tyle się różnych opowieści człowiek mógł tam nasłuchać! A jeszcze lubiłam… wybory, a raczej okres przedwyborczy. Chodzi o to, że na kilka miesięcy przed wyborami w szkołach działały “agitpunkty”. W sobotnie i niedzielne wieczory odbywały się tam koncerty, wyświetlano filmy. Nie tylko radzieckie, ale nawet tak zwane trofea wojenne, czyli zrabowane gdzieś w Europie. Jednym z największych doznań artystycznych w moim życiu była zekranizowana opera Leoncavallo “Pajace” z nieziemsko piękną, młodziutką Giną Lollobrygidą.

W tamtych latach powojennych jednym z najbardziej oczekiwanych dni w roku był dzień 1 kwietnia. Chodzi, rzecz jasna, nie o prima aprillis, lecz o to, że w tym dniu były zniżane ceny na artykuły spożywcze i przemysłowe. Trwało tak, jeśli się nie mylę, bodaj aż do śmierci Stalina.