Zaczęło się niewinnie. Agnieszka uświadomiła mi jak smaczne są kurze skrzydełka z ekologicznego chowu zagrodowego. W tonie jej głosu dało się wyczuć chrupiącą skórkę, miękkie mięso i pomidorowy, słodko-kwaśny sos. Poczułam się jak jaskiniowiec, który usłyszawszy przy ognisku opowieści o polowaniu na mamuta, następnego ranka chwycił maczugę i pognał w stronę lasu.

Ze sklepu wyszłam z połową zagrodowego kurczaka. Co mi tam skrzydełka… jak szaleć to na całego, będzie rosół. Byłam gotowa czekać na jedzenie trzy godziny, gdyż jak już kupuję mięso to staram się go nie zmarnować i upichcić najlepiej jak tylko potrafię. Czekanie na obiad okazało się prawdziwą katorgą, zapach zwierzaka moczącego się we wrzątku z warzywami i przyprawami był obłędny. Jak koty uwielbiają kocimiętkę, tak ja przepadam za aromatem ziela angielskiego. Próbując spożytkować czas, gdyż początkowo krążyłam przy garnku jak ćma wokół świeczki, zabrałam się za oglądanie filmu Xavera Dolana. Jeden z bohaterów, psychopatyczny rolnik, pozwolił mi nieco skupić się na reszcie fabuły i zapomnieć o jedzeniu.

Po trzech godzinach leżałam plackiem, wniebowzięta, recytując hymny dziękczynne pod adresem zagrody, w której wychował się kurczak. Był przepyszny. Uczta była przednia, ale brakowało mi deseru. Postanowiłam wyskoczyć na miasto po wegańską czekoladę, jako że doszłam do wniosku, że czyste kakao i cukier będą formą oddania honoru wspaniałej kurze. Idąc rześkim krokiem, nie mogłam oderwać się myślami od smaku rosołu, rozpamiętując każdą łyżkę – kiedy nagle ujrzałam na wystawie wielką mleczną czekoladę. Chwyciłam energicznie klamkę sklepowych drzwi i z całym impetem ruszyłam przed siebie. Powiedzmy, że chciałam ruszyć, bo natychmiastowo poczułam na czole, kolanie i kości policzkowej opór szkła, które wcale nie miało zamiaru się otworzyć, tylko stuknęło mnie solidnie, tak że zobaczyłam gwiazdki. Nieźle otumaniona, powoli skierowałam się ku drugiej połowie drzwi, która nie stawiała najmniejszego oporu.

W środku czekała już na mnie wystraszona hukiem sprzedawczyni. Musiałam mieć średnio inteligentny wyraz twarzy, bo z trwogą w głosie, powoli, ale z przejęciem zapytała mnie jak się czuję. Odpowiedziałam jej, że mam jeszcze wszystkie zęby i dodałam, że drzwi są tak nieprzyzwoicie czyste, że ich nie widać. Młoda kobieta potwierdziła moje podejrzenie. Dzień wcześniej polerowała je sprzątaczka. Poprosiłam by przekazać owej pani wyrazy uznania za świetnie wykonaną pracę. Sprzedawczyni przepraszając za zaistniałą sytuację, obiecała zastawić czymś zamkniętą i fatalnie czystą połowę drzwi. Pokiwałam głową ze zrozumieniem, bo w międzyczasie zabrałam się za analizowanie składników tabliczki czekolady, która zauroczyła mnie na wystawie sklepu niczym syreny urzekały niebiańskim śpiewem marynarzy. Nie miała ślicznego opakowania i nie była godna wylądowania dzisiaj w moim żołądku. Uśmiechnęłam się, pożegnałam i wyszłam.

Świadoma swojej winy i pogodzona z poniesioną karą pokuśtykałam czym prędzej do sklepu z wyśmienitymi, gorzkimi czekoladami.  Wszystko wskazywało, że aztecki bóg kakao postanowili ukarać mnie za próbę zmiany zamiarów i pokusę uczczenia wspaniałego kurczaka zbyt pospolitą czekoladą w nad wyraz  pięknym opakowaniu.