Wspomnienia Łucji Brzozowskiej. Część I.

I gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni.
Magazyn Wileński, październik 2001.

Taką oto pracę domową zadał swoim czytelnikom Różewicz: “Idź do domu i napisz o sobie”. Rozumiem, że nie o dosłowność, czyli czynność fizyczną chodziło poecie, a o zajrzenie w głąb własnej duszy, jakiegoś rachunku sumienia. Jednak – pełna pokory i postanowienia pisania prawdy o sobie, o czasach, w których upływało moje dzieciństwo, młodość – potraktowałam to polecenie dosłownie. Zdaję sobie sprawę, że – mimo najszczerszych chęci – ani o sobie, ani o świecie, który mnie otaczał i otacza, nie potrafię prawdy napisać. Bo nie ma jednej prawdy. Więcej – nie ma jednego, raz i na zawsze określonego człowieka. “Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – uważa Szymborska. A przecież w najrozmaitszych sytuacjach nie byłam sprawdzona, więc nie wszystko wiem o sobie. Nałkowska w jednej z najciekawszych swoich powieści psychologicznych, “Niedobrej miłości”, pisała, że człowiek wcale nie jest takim, jakim jest naprawdę, albo za jakiego sam się uważa. Określa go sytuacja, w której się znalazł i to, co inni ludzie o nim myślą. Nawet odbijając się w wielu lustrach nadal – choć uważane są one za symbol obiektywności – zależnie od ich ustawienia wyglądamy różnie. A cóż mówić o oczach ludzkich: życzliwych, przyjaznych, pobłażliwych, wymagających, niechętnych, krytycznych lub wręcz wrogich. Wychodzi więc na to, że nie jesteśmy w jednym egzemplarzu, a każdy z nas ma wiele sobowtórów o bardzo rozległej gamie barw. Niestety, nie zawsze pastelowych.

Ta nieco rozbudowana dygresja ma służyć obronie przed ewentualnym posądzeniem o nieszczerość, czy też zafałszowanie przeszłości, którą dziś, po szczęśliwym przekroczeniu zakrętu historycznego tak jakoś wypada widzieć w ciemnych jedynie barwach. A to przecież nieprawda. W każdym ustroju ludzie żyją i kochają się, mają swoją jedyną i niepowtarzalną młodość, zachwycają się – jeśli potrafią – urodą świata, uczciwie pracują. A to już jest wartością, ze wszech miar godną szacunku. Ponadto kochamy przeszłość dobrą i złą, kochamy czas, który minął, i to, co uniósł z nas samych. Wszystko o co stajemy się ubożsi. Cytuję Brandysa z pamięci, więc bez cudzysłowu.
Słowem – dawniej było lepiej, bo my byliśmy młodsi. Wreszcie – stan naszej wiedzy historycznej był zupełnie inny. Zbrodnie totalitaryzmu sowieckiego były przed społeczeństwem starannie ukrywane. Poza tym, mając zafałszowaną wiedzę, inaczej wiele spraw ocenialiśmy. Zresztą nie wszystko było złe. Trudno w kategoriach ujemnych oceniać gęstą sieć bibliotek, domów kultury, łatwy i bezpłatny dostęp do nauki.

To moje najdawniejsze wspomnienie: letni wieczór, porośnięte rzadkimi krzewami zielone zbocze jakiejś góry, a na dole, na niewielkiej polance – płonące ognisko, wokół którego tańczą zbójnicy z ciupagami. A jeszcze szumiały Jontkowe jodły na gór szczycie. Arię Jontka często śpiewała moja mama i te jodły, a raczej jakiś tajemniczy “gurszczyt” przez dobrych parę lat nie dawał mi spokoju, będąc pierwszym nieuświadomionym zainteresowaniem mową ludzką, a jednocześnie i utrapieniem lingwistycznym. Ale to, oczywiście, przyszło nieco później. A tamten wieczór ostatniego przedwojennego lata z tym koncertem przy ognisku był jak piękna, kolorowa bajka. Jeszcze nie wiedziałam, nie rozumiałam wtedy, że tak wygląda szczęście: są oboje rodzice i nie ma wojny, lęku i głodu.

Helena Brzozowska i Franciszka Jeleńska,
matka i babcia autorki

14 maja 2017|Kategorie: język polski, Kobiety|Tagi: , , |

Zostaw komentarz

*