Była kiedyś taka książka Stephena Kinga, pod tytułem „Misery” (nawiasem mówiąc — mój pierwszy i ulubiony King, czytany na plaży, prosto z wypożyczalni w Pogorzelicy). Pisarz po wypadku trafił w niej do swojej największej fanki, która — niestety — okazała się morderczynią. W dodatku nie spodobało jej się uśmiercenie ulubionej bohaterki romansowej, Misery Chastain. Miała więc doskonałą okazję, by wymusić na autorze inne rozwiązanie fabularne…

Z czytelnikami trzeba zatem uważać. Aktualnie piszę drugą część „Porwania na planecie Z” i jedna osoba z grona beta-czytelników się na mnie obraziła za zamordowanie ulubionego bohatera… a dodajmy, że jest to osoba, którą znam od bardzo dawna. Nie wiem, czy to świadczy tak dobrze o fajności bohatera, czy tak źle o mojej ogólnej fajności jako koleżanki xD

Ale wiecie co? Kiedy bohater „Zbrodni i kary” chciał się poczuć nadczłowiekiem, powinien po prostu zacząć pisać książki. W pisarza wstępuje ten zew mordercy, pana życia i śmierci względem swoich postaci. Nawet dość spokojny człowiek w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać: a może by tak… zabić?

Trzeba się jednak nad tym bardzo dobrze zastanowić, bo czy po tej dzikiej satysfakcji w momencie stawiania liter („Ale ich wszystkich zaskoczę! To będzie ten moment WOW! Czytelnicy się popłaczą, buahahahaha!!11 Cry me a river, plebs”) mamy innych wystarczająco mocnych bohaterów do pociągnięcia całości? Niejedna seria się na tym przejechała.

A ja? No cóż. Od początku znam przebieg tej całej historii, więc zaciskam zęby i piszę dalej. Nie wątpię, że będzie tam pewien moment, w którym piękne wydanie książki może zacząć fruwać po ścianach, ale radziłabym je podnieść i czytać dalej. Nie wiem, czy chciałabym przeżywać takie przygody jak Paul Sheldon z „Misery” ;).