Szukanie to nie to samo co bycie otwartym na propozycje. Dzisiejsi użytkownicy Tindera czy innych aplikacji randkowych wiedzą o tym aż nazbyt dobrze. Podglądanie ludzi i niespieszne odrzucanie jako niewystarczająco pięknych bądź interesujących kolejnych osób, o których niewiele właściwie wiemy, nie jest oczywiście domeną wyłącznie naszych czasów. To prawda, dziś możemy robić to pośrednio, zdalnie, a więc – wydawać się może – z jeszcze mniejszym zaangażowaniem niż w poprzednich stuleciach. Jednak i poprzednie stulecia miały swoich specjalistów od odrzucania i wybiórczego zaangażowania.

Brak zaangażowania i krytycyzm powodowały, że Juliusz Słowacki miał opinię zimnego. Opinia ta towarzyszyła mu od dziecka, przekładając się na ocenę jego twórczości jako nieautentycznej i jako takiej niepowodującej „prawdziwych” emocji. Warto tu jednak przypomnieć, że XIX-wieczne postrzeganie autentyczności różni się od dzisiejszego. Wydawca Słowackiego, Eustachy Januszkiewicz, w jednym z listów do swojej żony obrazowo opisywał, że czytanie dzieł Mickiewicza powodowało, że słuchacze zalewali się łzami, padali na kolana, dostawali „nerwowego ataku” czy konwulsji. Chorzy odzyskiwali zdrowie, a artystów doświadczenie to napełniało weną – donosił małżonce poruszony Eustachewicz. Wydawca „Kordiana” był jednocześnie świadomy, że lektura tekstów Słowackiego nigdy nie wywoła tego rodzaju przeżyć co lektura tekstów jego wielkiego rywala właśnie dlatego, że odmiennego i niezrozumiałego w swojej odmienności Juliusza postrzegano jako zimnego, niezaangażowanego i nieautentycznego. 

Autentyczny profil Słowackiego

Poeta już jako dziecko przejmował się tym, jakie wrażenie wywierał na innych, i obserwował, jak go postrzegano. Jako artysta pozujący w przeróżnych stylizacjach koncentrował się na zagadnieniu wywierania wrażenia na innych, ale nie po to, by się przypodobać. Słowacki to raczej typ dandysa dążącego do narzucenia innym (nie tylko hipotetycznym odbiorcom jego profilu na Tinderze, ale również odbiorcom jego listów) upozorowanej, wykreowanej jak dzieło sztuki, wersji swojej osoby; stworzenia mitu o sobie. Nie chodzi mu o autentyczność, lecz o skuteczność zabiegów autokreacyjnych. Chciał przyciągać spojrzenia, obserwować i być obserwowanym.

Po paryskich ulicach, pełnych przedstawicieli kultury samotnych mężczyzn – polskiej emigracji, ale też lokalnych twórców, arystokratów i najzwyklejszych Francuzów, prześlizguje się spojrzenie Słowackiego, wystylizowanego flaneura, niezaangażowanego obserwatora spektaklu przestrzeni miejskiej. Jest to spojrzenie krytyczne: poeta ocenia ten spektakl tak samo negatywnie jak tutejsze przedstawienia teatralne i wszystko, co francuskie. Ludzie, sztuka kulinarna, moda – wszystko jest dla niego szkaradne. A kobiety nieinteresujące i niewystarczające.

XIX-wieczny, rozpieszczony doznaniami, niespiesznie oddający się spacerom i obserwacji flaneur przeobraził się w dzisiejszego zblazowanego użytkownika Internetu w jego najbardziej hedonistycznym wcieleniu: w poszukiwacza doznań, który jednak poszukuje wyłącznie dla samego poszukiwania. Przeglądając tysiące ofert handlowych, miejsc hipotetycznych destynacji czy właśnie odrzucając potencjalnych towarzyszy życia w aplikacjach randkowych, kontynuujemy tradycję wyrafinowanego i niespiesznego obserwowania świata bez konieczności bezpośredniego uczestniczenia w nim. 

Idealna miłość matki? Tylko do idealnego syna!

Tinder czy sama idea Internetu nie śniły się za czasów życia wieszcza nawet największym filozofom, ale potrzeba atencji, adoracji czy bliskości istniały tak wtedy, jak i dziś. Co może mniej typowe dla dzisiejszych czasów, Słowackiemu w dużym stopniu potrzeby te realizowała matka. Salomea Becú z Januszewskich adorowała swego jedynego syna i doceniała go – ale tylko wtedy, gdy wpisywał się w istniejący w jej głowie schemat syna idealnego. Jako taki musiał również koniecznie chwalić się przed nią kolejnymi podbojami miłosnymi. 

Ten specyficzny wymóg powodował, że Słowacki w listach do matki pozował na Casanovę. Informował ją o bardziej lub mniej wydumanych romansach; od razu po przyjeździe do Paryża z satysfakcją pisał o wrażeniu, jakie zrobił na kobietach, od których – jak wynikało z jego listów do ukochanej matki, której wyobrażeniu o nim samym starał się za wszelką cenę sprostać – wprost nie mógł się opędzić. Jednak wszystkie panny swipuje w lewo, odrzuca, dyskredytuje w oczach matki i własnych. 

Jego kryteria względem kobiet zdają się niezrozumiałe tak wtedy, jak i dziś. Po kolejnych spotkaniach z potencjalnymi kandydatkami na żonę Słowacki znudzony, a czasem wręcz zniecierpliwiony donosi matce m.in., że: nudził się u panny Kickiej, był zmuszony iść na spacer, na który bynajmniej nie miał ochoty, z wpatrzonymi w niego pannami Pinard, zraził się oświadczynami pewnej Włoszki, a inna, Angielka, niemalże (!), niemalże (!) wydała mu się interesująca, ale śmiała się. Za dużo. I było to dla poety naprawdę nie do zniesienia.

Szukam….?

W świetle tak poważnych zarzutów jak zbyt kręcone włosy, za dużo lub za mało mężczyzn ustawiających się w kolejce do serca danej niewiasty czy właśnie nadmierna ilość uśmiechów wysyłanych w kierunku poety, nie trudno się dziwić, że Słowacki pozostawał ciągle „sam”. Taki też byłby pewnie jego status na Tinderze, nawet gdyby poeta ozdobił swój profil przyciągającym uwagę i pobudzającym wyobraźnię cytatem z „Rozłączonych” czy „W Szwajcarii”. 

Szukanie nie musi być aktem nastawionym na cel, na odnalezienie. Szukanie może być nastawione na sam proces szukania. Szukając, poeta zyskuje większą świadomość artystyczną, flaneur – lepszą znajomość przestrzeni miejskiej, a użytkownik Tindera…..? Może odnaleźć się lepiej w swoich własnych potrzebach. Zwróćmy bowiem uwagę, że w prawdziwym życiu wieszcza jego proces poszukiwania nigdy nie skończył się znalezieniem „perfekcyjnego matcha”, używając tinderowej nomenklatury, pod postacią dowolnej, nawet najbardziej sprzyjającej poecie i zainteresowanej nim kobiety. Może zatem dzisiejszy Słowacki powinien po prostu określić się jako ktoś, kogo nie tylko one interesują….?