Wspomnienia Łucji Brzozowskiej. Część II.

I gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni.
Magazyn Wileński, październik 2001.

Koniec lat trzydziestych był okresem kryzysu ekonomicznego, bezrobocia. O pracę w Wilnie było trudno. Wiosną 1939 roku ojciec otrzymał zatrudnienie przy budowie szosy Wilno – Lida. Mama z trójką dzieci (3, 5 i 6 lat) pojechała latem do niego, do miejscowości Michaliszki, odległe o jakieś 60 km od Wilna, dziś białoruskie, a wtedy jeszcze polskie. Tam zastała nas wojna. W Wilnie zostało nasze mieszkanie na Słomiance. Ojca zabrano na wojnę, na której zaginął bez wieści. Po tragicznym 17 września, kiedy to zgodnie z paktem Ribbentrop – Mołotow Związek Radziecki napadł na Polskę, Michaliszki stały się sowieckie, a Wilno – litewskie, prawda, na razie nie sowieckie. A między nimi – granica. Do swego wileńskiego domu wrócić nie mogliśmy, bo nie udało się załatwić furmanki. Zostaliśmy sami, wśród obcych, bez zimowego ubrania i w ogóle bez niczego. Mama miała wtedy 26 lat i musiała z nami, dziećmi jakoś do otwarcie granicy przetrwać.
Nie będę się rozwodzić nad tym, jakeśmy tam żyli, bo była wojna i wszystkim było ciężko. Pamiętam tylko, że kiedy zachorowałam na szkarlatynę, lekarka wypisała mi na receptę dwie takie podłużne francuskie bułki. A jeszcze pamiętam moje pierwsze honoraria za działalność artystyczną. W miasteczku były koszary rosyjskie. Chodziłam tam – trzy i pół letnia – by śpiewać żołnierzom w jakimś rosyjsko – białoruskim narzeczu taką oto czastuszkę:

Jechał Stalin na korowie,
Worszyłow na byku.

– Kudy jedziesz, czort usatyj?
– Do Warszawy pa muku.

Dostawałam za to od żołnierzy niekształtne kawałki żółtego, odłupanego od dużych głów cukru. Niestety moje występy artystyczne dość szybko się skończyły. Któryś z żołnierzy przyprowadził mnie do domu, tłumacząc mamie, że w Związku Radzieckim za tego rodzaju repertuar mogą być całkiem inne honoraria.
Wynajmowaliśmy mieszkanie u jakiejś Białorusinki. Była to, jak wielu Białorusinów, dobra kobieta. Pamiętam, kiedy w zimie, chcąc się ogrzać, naleliśmy na środku izby naftę i rozpaliliśmy ognisko (kiedy mama szła do pracy zostawaliśmy bez opieki), gospodyni nie gniewała się za wypaloną czarną dziurę w podłodze, tylko lamentowała, że Bierezichi (to znaczy Brzozowskiej) “dzieciaczki” mogły się spalić. Mój Boże, dziś, z perspektywy tylu przeżytych lat, tak strasznie i tak nieodwracalnie wiem i rozumiem słowa księdza Twardowskiego, że trzeba spieszyć kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą. Dorosłe dzieci często za późno się spostrzegają, że nie spieszyły z okazywaniem uczuć swoim rodzicom. A przecież nigdy nie wiadomo, kiedy się zbliży Conradowska smuga cienia. I nasturcje będą się płomieniły bez naszych najbliższych – albo bez nas – i “zachód burgundem roztłucze się nad miastem”, i kuranty Moniuszkowskiego “zegara starego niczym świat” innym już “dziwne chwile będą przypominać”. A wtedy, w tamtych białoruskich Michaliszkach…

 


Matka Helena Brzozowska,
zamiłowana ogrodniczka

“Ona mi pierwsza pokazała księżyc” – wspomniał z czułością matkę swą poeta. A moja sprawiała, że każdego wieczoru działy się w naszej, a właściwie cudzej wynajmowanej chacie (bo tak mówiliśmy) prawdziwe cuda i czary. Działa się książka. Ona pierwsza pokazała mi książkę i wiersz. Jeśli była nafta w lampie – czytała.  A jeśli nie, śpiewała lub recytowała ballady Mickiewicza, setki innych wierszy i pieśni. (Do dziś nie wiem, czy jest coś piękniejszego niż Syrokomolowsko – Monisuszkowska “Wieczorna pieśń”, ta, która dźwięcznym głosem po nocnej rosie płynie. Może tylko pieśni… Bułata Okudżawy. Ale te biorą człowieka inaczej – głębią i mądrością). Mama miała fenomenalną pamięć i piękny głos. Trochę tej pamięci, na szczęście, odziedziczyłam, z głosem jest dużo gorzej. No i tak od najmłodszych lat rosłam w przekonaniu, że najpiękniejsza, najcudowniejsza rzecz na świecie – to książka. I to przekonanie na zawsze mi pozostało.


Zielony Most w czasach dzieciństwa autorki

19 sierpnia 2017|Kategorie: język polski, Kobiety|Tagi: , , |

Zostaw komentarz

*