Pani od polskiego – na początku było słowo

Urodziłam się w czasach bez stałego łącza. Chcąc wtedy sprawdzić, kim jestem, nie wystarczyłoby wpisać moje nazwisko w Google. Jako 10-letnia dziewczynka chodząca do klasy o profilu matematyczno-informatycznym bez żadnej satysfakcji budowałam niekończące się labirynty dla żółwia w AC Logo, skręcając nim po wielokroć w prawo, czasem w lewo. Satysfakcję za to czułam, pisząc o żółwiu wiersz. I snując poetyckie rozważania nad jego skłonnościami do uporządkowanego świata.

 

Jak to jest lubić słowa bardziej niż lody truskawkowe i watę cukrową?

Czytałam prędzej niż jeździłam na trójkołowym rowerze, na dwukołowym nauczyłam się jeździć tuż po tym, jak skończyłam poszukiwać straconego czasu po raz pierwszy. Czy Proust byłby ze mnie dumny? Nie wiem. Pisałam koleżankom pocztówki do babć, rodziców i nieznanych mi ciotek z kolonii letnich w Rycerce Dolnej. Pisałam wszystko: piosenki o księżycu, regulaminy wymyślonego przeze mnie ugrupowania, imieninowe limeryki dla taty, wierszowane zaklęcia. Wymyślałam własne słowa, tytuły nigdy nienapisanych książek. To była moja codzienność. Książki czytane pod kołdrą, bajki niemieszczące się w zeszytach, chwile spędzane na tworzeniu własnych słowników ze znalezionych w bajkach słów. Nie czułam się inna. Ani dlatego, że to, co tworzyłam z liter, było przyjmowane z uśmiechem, ani dlatego, że moje modelinowe wytwory-potwory, wydzieranki i inne straszydła nie cieszyły – w przeciwieństwie do słów – ani niczyich oczu ani rąk. Tworzyłam normę, literacką i swoją własną.

 

S jak słownik

Nie wiedziałam, którą stroną trzyma się papierosa w ustach, ale wiedziałam, jaka według Kopalińskiego jest definicja sarkazmu, trybadyzmu i psylocybiny. Nastoletnia fascynacja definiowaniem przeradzała się w chęć interpretowania świata po swojemu. Kolorowe superbohaterki z podglądanej czasem przed powrotem do czytania na dobranoc telewizji używały swoich magicznych mocy, a ja używałam swojej własnej, najzupełniej realnej i rzeczywistej, choć równie magicznej umiejętności, którą w sobie odkryłam. Umiejętności łączenia wszystkiego ze wszystkim, doprawiania słowami, aluzjami, pobocznymi opowieściami głównego wątku, czyniąc absolutnie w moim mniemaniu konieczne nawiązania. Pisałam wypracowania o rakiecie kosmicznej w kształcie gigantycznej szarlotki, Kordianowi kazałam odlatywać na haszyszowej chmurze ze szczytu Mont Blanc, a w tworzonej po nocy powieści doczepiałam fantastycznym wojowniczkom skrzydła ważek. Byłam wolna słowem. Pisałam bez ograniczeń.

 

Co ty będziesz dziecko robiła po tej filologii?

Stereotypowy humanista nie posiada żadnych umiejętności praktycznych, a jego zamiłowanie do filozofowania prędzej przyprawi go o ból brzucha z głodu niż pozwoli na spokojne życie. Słysząc po raz kolejny moją mamę, zamartwiającą się o mój przyszły los, odpowiadałam jej najczęściej, że zawodowo mogę robić cokolwiek, mogę być księgową, nauczycielką, na pewno dam radę (choć marzyłam o publikacjach, o byciu autorką, już wtedy), byle mieć czas na pisanie do szuflady po powrocie do domu.

Z czasem szuflada zyskała charakter wirtualny. A ja kolejnych znajomych, z których niektórzy cenili to jak i co mówię, a także piszę. Robię to zawodowo do dziś. Jak? To już temat na odrębną historię.