Historia naszej znajomości zaczęła się we wczesnej podstawówce.

Recytowałam wiersz tak zwanego wieszcza, o którego życiu nie wiedziałam więcej niż przeciętna nastolatka. To było „W sztambuchu Marii Wodzińskiej”, do którego do dziś mam sentyment. Pisząc ten tekst dziś, po latach, i przypominając sobie ten utwór, ze zdziwieniem stwierdziłam, że zlewa mi się on w jedno z melodią innego znanego wiersza. Jest nam tak cicho, że słyszymy słowa piosenki zaśpiewanej wczoraj – ten pierwszy wers pochodzący z wiersza „Zakochani” Wisławy Szymborskiej zdaje się korespondować z Byli tam, kędy śnieżnych gór błyszczą korony. Dwa górskie obrazki mają jeszcze kilka cech wspólnych: pogodny nihilizm, tęczę wyłaniającą się znad wierzchołków w obu wierszach, góry i wołanie w górach, piosenkę. Ale przede wszystkim – podobną melodię.

Tej melodii w tekstach szukałam.

To było olśnienie – zrozumieć, że poszukujesz współczesnej melodii, ciągu skojarzeń, klimatu – w romantycznych utworach ze skupionego w tym czasie na swoim własnym smutnym tu i teraz okupowanego kraju. Że poszukiwałam szyfru, który usiłuje znaczyć więcej. Usiłuje się wydostać z utajonej treści i trafić do swoich prawowitych odbiorców.

Co widziałam?

Pamiętam, jak czytając „Balladynę” na studiach, pomyślałam – ten człowiek, kiedy chce, jest bardziej szekspirowski od Szekspira. Ten człowiek, kiedy chce, współcześnie śpiewa głosem czy może tonem Szymborskiej, ten człowiek, kiedy chce, mówi głosem autora „Hamleta” i „Snu nocy letniej”, który w moich uszach grzmiał transoperą Możdżera i spółki.

Co jeszcze? Co jeszcze może ten Słowacki?

Dalej było królestwo poszlak, odpowiedniki scen.

Przyglądałam się „Lili Wenedzie” i widziałam próbę stworzenia mitologii nordycko-słowiańskiej; kto inny miałby odwagę pisać o okrucieństwie Słowian, pogan, naszych zacnych przodków? Patrzę na mężczyznę ustawionego w konflikcie, w wiecznej kontrze z mistrzem polskiego romantycznego patriotyzmu, Adamem Mickiwiczem, do którego sposobu wyrażania patriotyzmu czuję drobną niechęć, wieszcza niezłomnego, arcypolskiego. W porównaniu do Mickiewicza Słowacki początkowo sprawia wrażenie, jakby nie miał żadnych cech własnych. Nie jest pierwszy. Nie wykłada. Nie grzmi? Porównujący o tym wie. Nie można być istotnym zaprzeczeniem słońca. Można być tylko księżycem. Miłość do księżyca łączy mnie z romantykami. Patrzę na romantycznego kochanka i napotykam… pustkę.

Z jakiegoś powodu, już na doktoracie, z postaci kobiecych, tragicznych, ale jednak takich, w których kręgu kręciłabym się w kółko, bez wyjścia, podobnie jak poeta, przeszłam do korespondencji. I to był złoty strzał, tęczowy blask, owacje na stojąco. W listach Słowackiego czuję potencjał do wracania. Odkrywania na nowo tekstu, który widzimy, że będzie dorastał razem z nami. Podobnie jak czytając po raz kolejny „W poszukiwaniu straconego czasu”, będzie się doświadczać coraz więcej i coraz głębiej postrzegać ten najbardziej przerażający i najpiękniejszy traktat o człowieku i jego zachowaniach socjalnych, który francuski pisarz z pasją przedstawił na grupie jadowitych arystokratycznych rodów. Ale to tylko jeden przykład fragmentu tekstu, który mówi jakąś ciekawą prawdę z innej dziedziny, wpływając pośrednio również na inne nauki, tak jak np. Biblia jako tekst chrześcijański wpłynęła na filozofię.

Myśląc o tej arystokracji, o finezji, o znawstwie i wysublimowaniu, poczułam Prousta w Słowackim, a tym samym szansę na dalsze poszukiwania…. Jeśli nie straconego czasu, jeśli nie po to, by go odnaleźć, to żeby znaleźć – co?

Kiedy doszłam do powtórzeń, znalazłam je w sobie i w tekstach, tekstach kultury, niepostrzeżenie znalazłam się już z Juliuszem na doktoracie. Powtórzeniem Medei wydawała mi się wtedy Balladyna. Przez pryzmat kogoś, kto ją stworzył, kogoś, kto w listach czcił matkę jako cudowną kochankę, której zawdzięcza wszystko, kogoś kto pisał obrazkowe mity o homoseksualnej treści w listach do Zygmunta Krasińskiego zaczęłam patrzeć na Słowackiego. Starałam się nie patrzeć na niego jak na poetę, którego ramy życia wyznaczały encyklopedycznie sztywne nazwy poszczególnych epok w jego życiu.

Słowacki mistyczny, Słowacki byronowski, Słowacki Słowacki!

Czas mijał, poznawaliśmy się z Juliuszem lepiej. Znajdywaliśmy coraz więcej. Jest tak, że otrzymujemy niejako coraz więcej Proustów do przeczytania, odczucia, pokochania. Do znalezienia. Na nowo i na nowo. Tak pisał Błoński o Prouście. Tak piszę o Słowackim i moich randkach z nim. Czego otrzymałam więcej, co znalazłam? O tym innym razem.